„Troje” to cztery katastrofy lotnicze, które zdarzyły się niemal równocześnie w czterech miejscach na świecie. Troje dzieci ocalało. A może jest jeszcze jedno? Czarny czwartek to dzień, który nikogo nie pozostawia obojętnym. Wokół dzieci zaczynają się dziać dziwne rzeczy, narasta szum medialny i zainteresowanie nimi. Pojawiają się różne teorie, wyjaśnienia i próby zrozumienia tego wydarzenia.
Okładka książki przyciąga wzrok. Wyróżnia się czarną okładką i czarnymi bokami. Sprawnie przeprowadzona akcja promocyjna przyczyniła się do mojego zaciekawienia tą pozycją. Czytałam na Kindlu, ale w księgarniach moje oczy co rusz wędrowały w jej stronę. Co kryje się w środku? Co w niej jest?
„Troje” to powieść, która przypadnie do gustu czytelnikom lubiących wszelkie teorie spiskowe. Zamysł prowadzenia fabuły jest niezmiernie ciekawy. Książka opowiada losy trójki dzieci, które uratowały się z katastrofy i powstający wokół nich szum medialny. Pokazuje mechanizmy narastania paniki, wpływ mediów na katastrofę i sposoby radzenia sobie w kryzysowych sytuacjach. Książka to swoisty reportaż prowadzony z różnymi osobami na temat katastrofy. „Troje” to wywiady, rozmowy, artykuły w gazetach. Ponad połowa książki niesamowicie trzymała w napięciu i niepozwalała na dłużej jej odłożyć. Gdzieś tak pod koniec trochę mnie już zmęczyła. Akcja „Troje” toczy się szybko i nie pozwala odetchnąć. Podsumowując książka jest warta uwagi ze względu na inność narracji, ale mam przesyt informacji w niej poruszonych. Chyba trochę mnie przytłoczyła.

Przyznam się, że książkę kupiłam dla okładki. Jeszcze nie czytałam – dojrzewa sobie u mnie na półce. Po tej recenzji chyba sięgnę po nią szybciej
U mnie na półce dużo książek tak dojrzewa
warto przesunąć ją wyżej w kolejce. Czekam na Twoje wrażenia 
Właśnie wczoraj, po targach, skończyłam ją czytać, ale jakoś nie wciągnęła mnie
To znaczy, była ok, ale myślę, że jak bym jej nie przeczytała to nic by się nie stało. Na plus jest na pewno ciekawa forma, widać, że Lotz jest za pan brat z nowymi mediami. Natomiast fabuła… były pewne niepokojące elementy, ale stanowczo zbyt rzadko poczułam jakiś dreszczyk.
Zgadzam się z Twoim określeniem, że nic ważnego byś nie straciła. Myślę, że „czegoś” jej brakuje
tylko sama nie wiem czego… Mnie chyba najbardziej zmęczył ten przesyt w drugiej połowie.