„W imię miłości” Katarzyny Michalak przeczytałam po zachęcających opiniach, i aby odpocząć po krwawym Kingu. W książce znajdziemy wrażliwą 10-letnią dziewczynkę Anię, chorą śmiertelnie matkę i rodzinne tajemnice.
Anię poznajemy w chwili przyjazdu do Koniecdrogi. Zmierza ona do swojego dziadka na Jabłoniowe Wzgórze, który nie spodziewa się przyjazdu wnuczki. Dziewczynka po drodze spotyka nieznajomego mężczyznę i razem znajdują miejsce w dworze dziadka dziewczynki. Ned – nieznajomy – przyjmuje się do pracy i zajmuje się końmi. Dziadek Ani ruszony wyrzutami sumienia, że przed laty nie pomógł córce postanawia teraz poruszyć ziemię i niebo, by wyleczyć córkę.
Historia jest niezwykle ciepła i wzruszająca. Pojawia się wątek kryminalny i trudny temat wykorzystywania dziecka, jak również fałszywych oskarżeń. Akcja toczy się szybko i momentami zastanawiałam się, co autorka jeszcze wciśnie do swojej powieści. W mojej ocenie postacie są zbyt płaskie i nie mają głębi. Lubię kiedy mam czas zżyć się z bohaterami, przeżywać z nimi trudne momenty, dziwić się ich wyborom. Niestety lektura książki Katarzyny Michalak mi tego nie zapewniła.W sumie po objętości książki nie można oczekiwać, że autorka skupi się na bohaterach i na dynamicznej akcji. Dotyka istotnego problemu – szczęścia dziecka i poczucia jego bezpieczeństwa. Pomimo wad historia jest ciekawa, a książkę czyta się szybko i łatwo. Książka Katarzyny Michalak mnie nie porwała jakoś szczególnie. Polecam ją tym, którzy szukają odprężającej lektury na odstresowanie.