Thora Gudmundsdottir to prawniczka, która ma doprowadzić do rewizji pewnego wyroku. Co ciekawe, zlecenie otrzymała od pensjonariusza ośrodka psychiatrycznego, który odsiaduje wyrok za pedofilię. Thora rozpoczyna śledztwo w skutym mrozem i ogarniętym kryzysem gospodarczym Reykjaviku. Jacob, chłopak z zespołem Downa, został skazany za wzniecenie pożaru w ośrodku rehabilitacyjnym. W pożarze zginęli bezbronni, ciężko upośledzeni pacjenci, a wśród nich dziewczyna w śpiączce, która była w ciąży. Thora próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie czy Jakob rzeczywiście jest winny. A jeśli nie – to kto. Prawniczka zgłębia ponure tajemnice przeszłości, by zdemaskować sprawcę zbrodni i wydobyć prawdę na światło dzienne.
Yrsa w swojej książce przedstawiła ciekawą zagadkę kryminalną, która pozornie jest wyjaśniona. Od pierwszych stron powieść bardzo mnie wciągnęła i z niecierpliwością czekałam na dalsze posunięcia głównej bohaterki. Mocno kibicowałam Thorze i trzymałam za nią kciuki. Otrzymałam kawał dobrego kryminału z ciekawym tłem gospodarczym i hermetycznym społeczeństwem zamieszkującym Islandię. Wielki plus należy się za dobrze poprowadzoną narrację, odkrywanie pomalutku kart i budowanie napięcia. Niektóre wątki wydają się niepotrzebne, ale to tylko pozory. W miarę rozwoju akcji wszystkie elementy wskakują na swoje miejsce.

To moje pierwsze spotkanie z twórczością tej pisarki o bardzo dla mnie dziwnym nazwisku, którego nie potrafię wymówić. Do końca powieści nie odgadłam kto stoi za tym podpaleniem. Yrsa skutecznie wodziła mnie za nos, a zakończenie było dla mnie nie małym zaskoczeniem. Szczerze polecam!
